sobota, 17 września 2016

Rozdział 5.

Kartki w kalendarzu leciały jedna po drugiej, nawet nie wiadomo kiedy minęły trzy lata. W przeciągu tych wielu miesięcy bliźnięta szkoliły się w sztuce zabijania, podkradania się oraz szpiegostwa. Mimo swoich niesamowitych osiągnięć w nauce nie przeszły do broni stalowej. Ethan nie chciał zbyt szybko robić z dzieci morderców. Cieszył się z postępów, to fakt. Ale uznał, że jeszcze nie czas, są za młodzi aby posiąść prawdziwą, śmiercionośną broń. Chciał widzieć jak korzystają z lat dzieciństwa, bo tego brakowało każdemu asasynowi- lat spędzonych na beztroskiej zabawie. Jego własny ojciec wepchnął mu nóż w ręce gdy skończył dwanaście lat. Wtedy już był „gotowy” pod względem fizycznym. Psychicznie dorósł do tego krótko przed osiemnastymi urodzinami. Do tego dnia bardzo chciał odzyskać utracone lata swawoli i zabaw z rówieśnikami. Nie mógł popełnić tego samego błędu przy Jacobie i Evie, nie chciał. Jego dzieci miały już po piętnaście lat, prawie szesnaście. Już pora aby dostały swoją pierwszą poważną broń. Nie miał zamiaru robić tego zbyt szybko, ale nadmierne zwlekanie też nie było dobre. Zabrał ze swojego biurka dwie drewniane skrzyneczki i poszedł z nimi do salonu. Zastał rodzeństwo jak zawsze o tej porze: Evie siedzącą z nosem w jego książce oraz Jacoba leżącego na kanapie,  obracającego w palcach drewniane ostrze, ze stosem książek obok. Nigdy nie potrafił zagonić swojego syna do przeczytania chociażby jednej książki od początku, do końca. Nie wiedział jak do niego dotrzeć, jak wytłumaczyć. Jego obchodziły tylko morderstwa, cele i bronie. „Typowy chłopak w tym wieku”, pomyślał.
 --Jacob, Evie—odchrząknął dosyć głośno, aby dzieci zwróciły na niego swoją uwagę.—Pozwólcie na chwilę.—Po tych słowach usiadł na kanapie kładąc przed sobą, na stoliku obie ozdobne skrzyneczki zdobione grawerami symbolu Bractwa.
 --Ojcze, co to takiego?—Evie wyraźnie zaintrygowana uważnie oglądała pudełko.
 --Czy to dla nas?—Jacob wyciągnął rękę po zawartość skrzyneczki, ale zaraz dostał książką po palcach. Jego siostra jak zwykle stanęła mu na drodze.
 --Evie, nie bij go. To dla was, jedno dla każdego. Uznałem, że już czas na to. Bractwo uważa, że zbyt długo czekałem, ale dopiero teraz wiem, że mogę wykonać ich polecenie. Koniec z drewnianymi zabaweczkami, macie już swoje lata, jesteście gotowi aby zmienić rodzaj broni. Śmiało, otwórzcie je.—Jak zawsze pokrzepiający uśmiech ich ojca pchnął śmielszego z bliźniaków do wzięcia spraw w swoje ręce. Już po chwili Jacob trzymał w jeden dłoni metalowe kukri, a w drugim ostrze, gotowe do wpięcia w rękawicę. Jego pierwsze ukryte ostrze. Zaraz po nim do zawartości dobrała się Evie. Pierwszym, co zobaczyła było czerwone wysłanie ścianek pudełka, a dno było małą czerwoną poduszeczką z symbolem Bractwa. Na owej poduszce leżał taki sam komplet broni, co u jej brata. Jednak bardziej zainteresowała się swoim odwiecznym pragnieniem. Każde z nich posiadało już swoją rękawicę, ale pustą. Wreszcie posiadła ostrze, które idealnie wpasuje się w mechanizm. Wreszcie będzie pełnoprawną asasynką.
 --Dziękuję, ojcze. To cudowna niespodzianka..—Frye’ówna miała łzy w oczach, nie spodziewała się bowiem takiego prezentu.
 --Drobiazg, jutro przetestujecie po raz pierwszy swoje zabawki, co wy na to?
 --Nie możemy dzisiaj?—Wielce niezadowolony okazał się jak zawsze Jacob. Gdy chodziło o broń, on był pierwszym, który chciał ją testować.
 --Jutro, Jacobie. Jutro. O ile pamiętam, to na dzisiaj jesteś umówiony z Susan, nieprawdaż? I o ile mi wiadomo, to chyba jesteś spóźniony…
Młody Frye aż zdrętwiał. Rzeczywiście, zapomniał na śmierć o swojej dziewczynie. Był z nią umówiony na stacji w Crawley, przyjeżdżała do niego co tydzień z Londynu. Ach, Londyn… Ile on by dał, żeby tam mieszkać…  Zerwał się z kanapy i biegiem ruszył na piętro biorąc po dwa schody na krok. Wpadł do swojego pokoju, szybko się przebrał i znów biegiem wpadł do salonu, o mało nie zostając na drzwiach. Naciągnął buty na nogi i już go nie było. Jego skleroza była istną tragedią. Pojawił się na stacji chwilę przed pociągiem. Udało się, nie był spóźniony. Już po chwili stała przed nim jego ukochana Susan. Jak zawsze pojawiła się w delikatnej sukni i z parasolką. Jej strój mocno podkreślał jej status społeczny, była młodą arystokratką. Powinien być jej wdzięczny, że zniżyła się do takiego poziomu, aby przyjechać do takiej dziury, jaką było Crawley.
 
 *          *          *

Całe ich spotkanie przebiegłoby jak zwykle, gdyby nie to, że Susan postanowiła zobaczyć dom swojego chłopaka. Akurat Ethan wraz z Evie wybrali się do George’a Westhouse’a, aby Frye’ówna mogła posłuchać historii Londyńskiego bractwa. Jacob korzystając z nieobecności starszych od siebie postanowił wraz z Susan wznieść toast za ich udany związek. Po opróżnieniu całej butelki obojgu urwał się film.
Obudził się rano w swoim łóżku, ale coś mu ewidentnie nie pasowało. Walcząc z zawrotami głowy spojrzał na drugą stronę łóżka i zdębiał. Nigdy nie sądził, że w tak młodym wieku wyląduje w łóżku ze swoją dziewczyną. Nie tak sobie to wyobrażał, chociażby dlatego, że chciałby coś z tego pamiętać. Nie miał pojęcia co się działo, czy jego ojciec wrócił do domu, jeśli tak, to kiedy… Czuł się jakby miał czarną dziurę we wspomnieniach. Niedługo po nim obudziła się arystokratka. Zupełnie nieprzejęta sytuacją wstała z łóżka, ubrała się i podziękowawszy za gościnę opuściła jego dom przez nikogo niezauważona. Zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażał. Cały tydzień minął jak każdy inny, jedynie co, to młody Frye starał się ustalić co się działo. Na jego szczęście nikt nie wiedział o jego nocnej przygodzie. Gdy nadszedł czas standardowego spotkania na stacji zamiast ukochanej zastał jej służącą, która przekazała mu kopertę. W środku znalazł list:

Drogi Jacobie,
Uważam, że to zaszło za daleko. Lepiej będzie jak o sobie zapomnimy i odpuścimy raz na zawsze. Nie chciałam ci łamać serca, ale nie jesteś w moim typie. Trochę obrzydza mnie twój status społeczny. Jeżeli kiedykolwiek dorobisz się swojego majątku, to daj znać. Wtedy jeszcze raz zastanowię się, czy mamy szansę. Ale na razie zapomnij.

 Susan

Wtedy po raz pierwszy poczuł, co znaczy złamane serce. 

poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział 4.

Ethan Frye niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości wprost z Amritsar zerwał się z fotela, szybko wciągnął buty na nogi, zarzucił na plecy płaszcz i krzyknął, że niedługo wróci, nim wyszedł. Dosiadł konia i pognał do Londynu. Szybko zorganizował sobie transport do Indii następnego dnia. Nie miał czasu do stracenia, jego uczeń mógł przypłacić swoją porażkę życiem. Po zorganizowaniu podróży, dokupieniu niezbędnych rzeczy i długich przemyśleniach wrócił do domu. Jacob i Evie już czekali.
 --Tato, gdzie byłeś?—jego córka wlepiła w niego swoje zielone oczy. Coś ukuło go w sercu, nie chciał ich zostawić po raz drugi.
 --Musiałem coś załatwić. Uważam, że powinniśmy..—nie dane było mu dokończyć, gdy w zdanie wszedł mu jego syn trzymający w dłoni świstek papieru, który zmącił jego spokojne życie.
 --Znów wyjedziesz? Zostawisz nas? Kolejne kilka lat mamy czekać nie wiedząc czy nie zostaliśmy z Evie sierotami?—w jego głosie rozbrzmiewał ogromny ból, ale i złość. Nie mógł zrozumieć, czemu obcy hindus jest tak bliski ich ojcu. Nie chciał znów go stracić, tyle co go odzyskali, a on już znika.
 --Jacob, to nie tak. Jayadeep, to jest syn mojego przyjaciela, jest w bardzo złej sytuacji. Muszę tam wrócić, inaczej on przypłaci to życiem. Nie chcę, aby mój były uczeń zginął za swój błąd, rozumiesz?—klęknął przed nimi na podłodze, popatrzył w ich poważne oczy. Nagle zniknęły te dziecięce uśmiechy, a na twarze wpełzła śmiertelna powaga. Nie zachowywali się jak dzieci, ani on, ani ona. Zupełnie jak ich ojciec. –Nie będę tam długo, obiecuję. Doprowadzę do jego uniewinnienia i wracam, przysięgam. Miesiąc, góra trzy. Nie więcej. Dacie sobie radę przez tyle czasu, prawda? Na ten czas zawieszamy trening, nie chcę aby stała wam się krzywda pod moją nieobecność.—Nie było mu łatwo podjąć taką, a nie inną decyzję. Był rozdarty. Z jednej strony w Crawley był jego dom, a z drugiej musiał jechać, aby bronić chłopaka, któremu zawdzięczał swój powrót do rodziny. Nie miał nigdy tak trudnego wyboru.
Następnego dnia Ethan pożegnał się z dziećmi i pojechał do Londynu, aby wsiąść na statek do Indii. Przy rozstaniu całej trójce poszły łzy z oczu. I dzieci, i on byli pełni obaw. A co jak coś się stanie i będzie to ich ostatnie pożegnanie? Nawet nie chcieli o tym myśleć.

 *      *      *

--Jacob! Zostaw to!—Jeszcze w tym samym tygodniu młodszy z bliźniąt nie potrafił sprostać pokusie dotknięcia stalowej broni ojca.
 --Oj Evie.. Nie zepsuję tego, chcę tylko obejrzeć. Sądzisz, że i my takie kiedyś dostaniemy?—chłopak zafascynowany wpatrywał się pod uniesione wieczko pudełka, w którym spoczywało ostre jak brzytwa zdobione kukri ojca.
 --Ojciec powiedział..
 --Oh, ojciec… Nie ma go tu teraz, przestań. Nic się nie stanie jak wezmę to do rąk. Przecież nie zniszczę połowy domu, nie przesadzajmy.
--Żeby nie było, że nie ostrzegałam!—rozjuszona dziewczynka wyszła z pokoju. Nie chciała ponosić konsekwencji czynów jej brata.
Dzieci cierpliwie czekały na powrót ojca, ale każde w inny sposób. Evie całe dnie spędzała w domowej bibliotece wśród ksiąg ojca dotyczących bractwa, łaknęła wiedzy. Jacob był zupełnym je przeciwieństwem. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. A to kradł sąsiadowi owoce z drzew, a to wykradał coś siostrze.. Niestety szybko się nudził i zadręczał swoją nudą Evie. Ta odpowiadała mu zawsze milczeniem. Minął jeden miesiąc, drugi, a Ethana nadal nie było. Cierpliwość Jacoba się wyczerpała. Ten cudowny nóż tak bardzo go korcił.. Mógłby przysiąc, że go wołał. Musiał go dotknąć, wyjąć z pudełka… Chociaż raz się nim zamachnąć jak do ciosu.. Ale na drodze stała mu siostra, największy kabel jakiego zna. Nigdy nie umiała utrzymać języka za zębami, a już szczególnie przed ojcem. Wyczekał moment, gdy Evie gdzieś poszła. Zakradł się do gabinetu ojca i wyciągnął drewniane pudełko, w którym spoczywało kukri. Zapragnął go jeszcze bardziej.  Bez zastanowienia wyjął je i ułożył na dłoniach. Wreszcie poczuł wagę prawdziwego oręża, takiego, jakim będzie kiedyś walczył. Wyszedł na środek pokoju, gdzie było więcej miejsca. Obejrzał je po raz kolejny, złapał w jedną rękę i wziął zamach. Metal ze świstem przeciął powietrze. Ten dźwięk był muzyką dla jego uszu, to było właśnie to, co chciał robić w życiu. Jeszcze raz zrobił to samo, gdy do pokoju bezszelestnie weszła jego siostra.
 --JACOB!—wydarła się na niego już w progu—Miałeś tego nie ruszać! Obiecałeś nie dotykać!
Wystraszony chłopak podskoczył w miejscu wzdrygając się. Pech chciał, że broń wypadła mu z rąk, ponad niego. Nawet nie próbował jej łapać, palce wolał zachować. Niestety ostre jak brzytwa ostrze nie minęło go. Rozcięło mu część lewego policzka, na kości. Jego przerażony krzyk pełen bólu i cierpienia rozniósł się echem po domu. Rana obficie krwawiła, a strach dziecka niczego nie ułatwiał. Evie nie wiedząc co robić przez kilka minut stała jak wryta. Dopiero po chwili ruszyła się z miejsca i zabrała brata do łazienki aby umyć jego policzek z krwi. Po czasochłonnej dezynfekcji rany zakleiła ją kilkoma plastrami, a rozdygotanego brata zostawiła z salonie. Grubym ręcznikiem wytarła krew na ostrzu, które ostrożnie schowała do pudełka, które znów trafiło na swoje miejsce.
 --Oby ojciec nie zauważył jego rany..  Inaczej już po nas…--Jej rozmyślania przerwał odgłos podkutych końskich kopyt.
Zbiegła na dół, gdzie o mało nie wpadła na Ethana. Serce biło jej jak oszalałe. Bała się konsekwencji tego, co się stało Jacobowi.
 --Jacob, Evie! Moje kochane łobuziaki, tęskniliście?  Tak strasznie nie mogłem się doczekać powrotu…--asasyn nawet nie zawracał sobie głowy ubraniem wierzchnim, jak jechał, tak wpadł do salonu. Jego oczy szybko napotkały syna, a następnie córkę, która jak to miała w zwyczaju, wpatrywała się w niego oczami Cecily. Jego spostrzegawczość była niepodważalna i już w pierwszej chwili zauważył na policzku chłopca przemakający opatrunek.
 --Jacob? Co ci się stało? Kiedy to zrobiłeś?—podszedł szybkim krokiem do dziecka i ujął jego twarz w dłonie delikatnie oglądając rozcięcie—Ruszałeś moją broń? To chyba nie przez to, prawda?
 --Tato, ja… przepraszam.. Evie mówiła, że nie powinienem, ale ja tylko chciałem zobaczyć, nie miałem w planach coś z nim robić.. Nie złość się na mnie, przykro mi…-- maluchowi było naprawdę wstyd za to, co zrobił.
 --Nie, to moja wina. Niepotrzebnie na niego krzyczałam, wystraszył się i zahaczył ostrzem o policzek. To nie jego wina. Jest ciekawski i tyle, ale to ja nie powinnam się tak zachowywać. Jeżeli musisz kogoś karać, to ukaraj mnie.—Bohaterska postawa Evie pozytywnie zaskoczyła Ethana, wyznanie Jacoba też było dla niego cenne. Cieszył się, że dzieci nie zrzucają na siebie winy, ale przyznają do własnego błędu. Wiedział, że dobrze je wychowuje.

*     *     *


Jacob jeszcze przed chrztem bojowym zyskał swoją pierwszą szramę. Nikt poza nim, Evie i ich ojcem nie musiał znać jej prawdziwego pochodzenia.

środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział 3.

Od wyjazdu  Ethana z Amritsar minęło 6 lat. Bliźnięta niedawno obchodziły swoje 12 urodziny. Dla asasyna ten dzień przyniósł mieszane uczucia. Dwanaście lat wcześniej jego życie straciło barwy, ale znów je odzyskało. Tego dnia został ojcem, ale też stracił bezpowrotnie swoją ukochaną. Po tak długim czasie już tak nie bolało to wspomnienie, ale nadal tęsknił. Gdyby nie dzieci, już pewnie by nie żył. Chcąc połączyć się na nowo ze swoją żoną popełniłby samobójstwo. Tylko te dwa roześmiane dzieciaki trzymały go przy życiu. Nadawały mu sens od sześciu lat, wtedy to postanowił wrócić, zrozumiał swój błąd. Miał szczęście, że dzieci szybko go zaakceptowały, bo gdyby tego błędu nie dało się naprawić… On sam nie wiedział co by zrobił. Gdybanie nic tu nie da. Postanowił skontaktować się ze swoim dawnym przyjacielem, Arbaazem Mirem. Wysłał do Indii list zaadresowany do niego.

Drogi Arbaazie,
minęło sześć lat, odkąd opuściłem Indie i wróciłem do domu do Anglii. Sześć lat, odkąd rozmawialiśmy po raz ostatni, mój sdepeszęhu. O wiele za długo.
   W tym czasie nauczyłem się opłakiwać stratę mojej ukochanej żony, Cecily, i to w sposób, który sama by pochwaliła, czyli innymi słowy, odrzuciłem swoją dawną urazę, aby zbudować więź z naszymi dziećmi, Evie i Jacobem. Żałuję, że kiedykolwiek uważałem je za odpowiedzialne za moją stratę; zrobiłem, co w mojej mocy, by wynagrodzić im utracone lata dzieciństwa.
  To lata spędzone z twoim wyjątkowy synem, Jayadeepem, pobudziły mnie do działania i  będę za to dozgonnie wdzięczny wam obu. Jayadeep popchnął mnie na ścieżkę oświecenia, która sprawiła, że przewartościowałem swój sposób myślenia. Przykro mi o tym wspominać, Arbaazie, ale to tylko umocniło moją determinację w sprawie, która poróżniła nas lata temu i która jest powodem, dla którego znów się z tobą kontaktuję.
  Powinienem do wyjaśnić. Jako asasyni mamy wpojoną pewną filizofię. W odróżnieniu od templariuszy, którzy dzielą mieszkańców świata na pasterzy i owce, my widzimy miliony jasnych punktów: inteligentne, czujące istoty, z których każda ma swój potencjał i jest zdolna do działania w ramach większej całości.
  Albo tak chcielibyśmy myśleć. Ostatnio zaczynam się nad tym zastanawiać. Czy zawsze stosujemy tą filozofię? Szkoląc młodych asasynów, wkładamy im w ręce noże, choć ledwie nauczyli się chodzić. Nauczamy wartości przekazywanych z pokolenia na pokolenie, robiąc z dziecka istotę pełną przesądów i  uprzedzeń, a przede wszystkim, w naszym konkretnym przypadku, zabójcę.
  To, co robimy jest słuszne. Nie odczytuj tego, proszę, jako wyrazu wątpliwości ideologicznych z mojej strony, bo nigdy nie byłem bardziej pewny, że Bractwo opowiada się za tym, co w tym świecie słuszne. Moje wątpliwości, drogi Arbaazie, dotyczą stosowania tej ideologii i  to one nie pozwalają mi w nocy spać, sprawiają, że zastanawiam się czy nie zawiedliśmy naszych dzieci, lepiąc je na swój obraz i podobieństwo, podczas gdy w rzeczywistości powinniśmy uczyć je, by szły swoją własną drogą. Zastanawiam się, czy nasze przestrzeganie wartości, które wyznajemy, nie jest gołosłowne.
  Z moimi dziećmi spróbowałem obrać inną drogę niż ta, którą starałem się podążać w pracy z Jayadeepem. Zamiast narzucać rozwiązania, usiłowałem dawać im narzędzia, dzięki którym będą się uczyć same.
  Pochlebia mi, że obierają ten sam kierunek, co ja. Jak wiesz, aktywność asasynów w Londynie jest od dawna mocno osłabiona. Nasze Bractwo jest tu nieliczne, podczas gdy templariusze pod dowództwem swojego Wielkiego Mistrza, Crawforda Starricka, wciąż rosną w siłę; dotarła do nas informacja, że nasz przeciwnik przeniknął do elity miasta głębiej ,niż sądziliśmy. Niewątpliwie coś szykują. Coś dużego. I pewnego dnia, kiedy będą gotowi, Jacob i Evie dołączą do walczących z nimi.

Kiedy będą gotowi. Dobrze to zapamiętaj, Arbaazie. Pozwalam im, aby odnaleźli swoją własną drogę, i przestrzegam zasady, by mogli się nazywać w pełni wyszkolonymi assynami, kiedy będę wiedział, że są w pełni przygotowani do wykonywania zadań nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Robię to, wiedząc, że wszyscy jesteśmy indywidualnościami  i nadajemy się do różnych rzeczy. Być może nazywamy się asasynami, ale nie każdy z nas może być zabójcą.
  I tak właśnie jest z twoim synem. Rozumiem jak bolesne to musi być, bo w końcu to twój potomek. Sam jesteś wybitnym asasynem i on też ma potencjał, by nim zostać. Wiem jednak na pewno, że chociaż Jayadeep jest zręczny i utalentowany w zadawaniu śmierci, to nie ma do tego serca.
  Będzie zabijał. Tak, będzie zabijał, jeśli zajdzie taka potrzeba. W obronie własnej lub tych, których kocha, zrobi to w mgnieniu oka. Ale zastanawiam się czy zrobi to w imię naszej ideologii. Czy zrobi to w imię naszego Credo?
  Czy zrobi to z zimną krwią?
 I dlatego piszę ten list właśnie teraz. Doszły mnie słuchy, że Jayadeep ma wykonać swoją pierwszą prawdziwą misję. Zabójstwo.
  Cieszę się, że wziąłeś moje rady sprzed sześciu lat do serca i poczekałeś z jego chrztem bojowym.  Mimo to, moim zadaniem, Jayadeep nie ma dostatecznej determinacji by tego dokonać. I nigdy jej nie zdobędzie.
  Mówiąc wprost, jest inny niż ja i ty. Być może inny niż Jacob i Evie. Innymi słowy, posyłając go do akcji, sprowadzasz na siebie coś gorszego jak hańba, że twój syn nie potrafi pójść w twoje ślady, bo zamiast tego może się to zakończyć klęską.
Błagam cię, zwolnij go z tego zadania, spójrz na niego świeżym okiem, wykorzystaj najlepsze z niezwykłych zdolności swojego syna dla dobra Bractwa, zamiast opierać się na tych najgorszych.
  Mam nadzieję, że napiszesz mi w odpowiedzi o swojej decyzji, i modlę się, byś okazał tę samą mądrość i powściągliwość, za które już cię chwaliłem. Kiedyś mi zaufałeś, proszę cię, Arbaazie, zaufaj mi ponownie.
Jak zawsze twój,
Ehan Frye,
Londyn

Niestety odpowiedź była inna niż by oczekiwał. Arbaaz wysłał swojego syna na chrzest bojowy. Gorzko tego pożałował. Niespełna miesiąc po odpowiedzi, Ethan dostał kolejną wiadomość z Indii. Depeszę przekazał mu jego przyjaciel z Bractwa, George Westhouse. Usiadł wygodnie w fotelu i rzucił okiem na wiadomość. Zamarł.


Niezwłocznie przekazać Ethanowi Frye’owi: Jayadeep jest w Ciemności.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział 2.

Nadszedł  czas, by Ethan opuścił Amritsar, ale było coś, co go niepokoiło, i zwołał spotkanie rodzinne, którego wynik miał strząsnąć rodziną Mirów. Arbaaz, ojciec Jayadeepa, spodziewał się, że Ethan  ogłosi im, iż wypełnił obietnicę. Był pewny, że jego syn jest już gotowy do walki w polu.
 --Uważam, że nie jest gotowy—powiedział Ethan bez ostrzeżenia, wprost.
Arbaaz uśmiechnął się łamiąc chleb.
 --W takim razie musisz zostać, mój drogi druhu. Obiecałeś, że nie wyjedziesz dopóki nie będzie gotów. Taka była umowa.
 --Wysłałem już list, czekają na mnie w domu i zamierzam dotrzymać obietnicy jaką im złożyłem. Mimo wszystko wrócę tu, możesz być pewien.
 --W takim razie nie rozumiem. Wedle naszej umowy miałeś go szkolić, aż będzie gotowy do pracy w terenie. Będziesz mnie musiał oświecić. Przez wszystkie spędzone tu lata mówiłeś, że jest jednym z najbardziej utalentowanych młodych asasynów, jakich spotkałeś. Sam widziałem, że nie brakuje mu umiejętności, a teraz w przeddzień swojego wyjazdu mówisz mi, że nie jest gotowy. Wybacz mi moją konsternację. W jakim sensie ten świetnie wyszkolony, niezwykle wprawny chłopak, którego mentor właśnie wybiera się do domu nie jest gotowy? Dlaczego?—Arbaaz z każdym słowem podnosił ton głosu. Był wyraźnie zdezorientowany. Sam szkolił swojego syna, a potem przekazał go najlepszemu nauczycielowi. Jak nie mógł być gotów? Czego mu brakowało?
 --To prawda, że chłopiec ma niesamowite zdolności i udało mi się uformować ten dar w doskonałego asasyna. Sam dużo się od niego nauczyłem, co jest jednym z powodów mojego powrotu do domu. I nie zamierzam zboczyć z tej drogi, niezależnie od tego, jak wieloma okruchami mnie oplujesz, stary druhu.—Zmieszany Arbaaz przetarł usta dłonią.
 --A więc dlaczego? Dlaczego zostawiasz nas w tym kluczowym momencie?
Ethan spojrzał na chłopca kryjącego się w cieniu matki. Momentalnie posmutniał.
 --Brakuje mu czegoś co mamy my, ty i ja. Brakuje mu instynktu zabójcy. Potrafi to zrobić i na pewno zabije, gdy będzie musiał. Być może ma coś, czego nie mamy my…
 --Chcesz powiedzieć, że mój syn jest tchórzem?—To słowo tak dobitnie uderzyło w uszy chłopca, że zebrało mu się na łzy. Nie chciał aby ojciec tak o nim myślał.
 --Na litość boską, Arbaazie! Oczywiście, że nie. To kwestia usposobienia.  Jeśli wyślesz chłopca w teren, to albo zawiedzie, albo…
 --Nie zawiodę!—Nagle do dyskusji wciął się młody asasyn.
 --To żaden wstyd. Może służyć Bractwu w inny sposób Jakże wspaniałym będzie mentorem!  Mistrzem taktyki, politykiem. Wielkim przywódcą… A ktoś musi nimi być. Tylko… nigdy.. nie będzie wojownikiem.
Arbaaz już nie wytrzymał. Jak szanował Ethana, tak miał ochotę go wyrzucić w tej chwili. Zignorował wszystkich przy stole, poza Brytyjczykiem.
 --Mój syn będzie wielkim wojownikiem, Frye. Będzie wybitnym asasynem, mentorem Indyjskiego Bractwa…-- Złość aż z niego kipiała.
 --I tak może..
 --Tylko jeśli dowiedzie swojej wartości w walce. Jako wojownik. Jako asasyn.
 -- Nie jest gotowy, Arbaazie, i przykro mi, jeśli łamie ci to serce, ale nigdy nie będzie.
 --Cóż…--powiedział Arbaaz, wstając.—Otóż, Ethanie to tylko twoje zdanie.
To była ich ostatnia rozmowa. Ethan Frye następnego dnia już był w drodze do domu. Nie wiedział, czy jeszcze kiedyś wróci do Indii.

*      *      *

Po długiej podróży statkiem z Indii, Ethan Frye stanął przed drzwiami swojego domu. Sześć długich lat, tyle go tu nie było. Nagle jego uszu dobiegł śmiech dzieci. Łzy stanęły mu w oczach, ale je powstrzymał. Bał się tej konfrontacji jak niczego innego. Tak, odważny asasyn, mentor się bał. Nie wiedział jak się zachować. Niby czekali, ale… No właśnie. Dzieci nie mają prawa go pamiętać. Zostawił je gdy miały około tygodnia. Wyjechał tuż po pogrzebie Cecily. Cecily… Jak on za nią tęsknił… Wewnętrznie marzył aby dzieci nie były do niej podobne, nie wiedział jak to zniesie. Ale w końcu musiał się przełamać.
Podszedł do drzwi i zapukał. Otwarła mu matka jego zmarłej żony. Na jego widok ucieszyła się niezmiernie i uścisnęła go z radością.
 --Jacob! Evie! Chodźcie szybko! –zawołała, gdy tylko się odsunęła.
Sześcioletnie bliźnięta przybiegły do babci, ale stanęły jak wryte na widok ojca. Słyszeli o nim wiele, ale nie wiedzieli jak reagować. Żadne z nich go nie pamiętało. Na wszelki wypadek dzieci schowały się za dotychczasową opiekunką. Ta jednak wypchnęła ich przed siebie.
Evie wyglądała zupełnie jak jej matka. Piegi na nosie, brązowe włosy  i zielone oczy. Natomiast Jacob… Mógłby przysiąc, że patrzył w odmładzające lustro. Te same rysy twarzy, brązowe oczy.. Był identyczny jak on w jego wieku. Ethanowi zaszkliły się oczy. Nie umiał powstrzymać łez. Podszedł do dzieci i klęknął przy nich. Przytulił do siebie nadal zdezorientowane i przerażone dzieci. Dopiero po chwili one również odwzajemniły ten gest. Dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo tęsknił. Stracił poczucie czasu w momencie, gdy się rozpłakał. Może trwali tak 5 minut, a może godzinę lub dwie. Nie wiedział. Natomiast wiedział jedno, odzyskał rodzinę. Cały wieczór spędził z dziećmi, pragnął nadrobić stracone lata. Evie i jej brat nie wiedzieli jak mają reagować na obcego przybysza podającego się za ich ojca. Po dłuższej chwili Evie zabrała głos, majtając nóżkami zwisającymi z kanapy.
 --Jacob… To chyba rzeczywiście nasz tata… Jesteś do niego podobny, wiesz? Ty też płaczesz w każdej chwili.
Jej brat momentalnie się zawstydził. Był jedynym facetem w domu, chciał być twardy. Niestety nie miał wzoru do naśladowania.
 --Evie.. Łzy nie są słabością, zrozum. Nie tylko Jacob jest do mnie podobny, ty również, ale nie z wyglądu. Może wewnętrznie jesteś taka jak ja? Tego nie wiesz, może dowiesz się z czasem. – Ethan spojrzał z czułością na swoje dzieci. Bardzo chciał być dobrym ojcem.

*      *      *


Siedział u nich w pokoju, był z nimi aż do późna. Nie potrafił się rozstać na noc. Przez prawie godzinę opowiadał im o Indiach. Słuchały tego z zapartym tchem, aż do chwili, gdy piasek zaczął pojawiać się pod powiekami. Bliźnięta usnęły oparte o jego kolana. Ułożył je w łóżkach i z wielkim bólem sam udał się na spoczynek. Kto by pomyślał, że prawie obcy mu chłopak rozbudzi w nim tak silny instynkt ojcowski?

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 1.

   Jeśli zależy nam na pełnej historii warto zacząć od początku.. Więc na początku był wielki wybuch.. No dobra, nie tak dalekiego początku. Może od rodziców Jacoba i Evie? Chyba to dobry początek. Bliźnięta Frye pochodzą z rodu Asasynów. Wszyscy od pokoleń należeli do tego Bractwa, łącznie z ich matką - Cecily oraz ojcem - Ethanem . 9 listopada 1847 roku Ethan poniósł najboleśniejszą stratę w całym swym życiu. Jego najukochańsza żona zmarła krótko po porodzie. Jedyne, co po niej zostało, to wspomnienie oraz dwójka dzieci. Jacob oraz starsza o kilka minut Evie. Nie akceptował ich. Traktował jak zło konieczne.
 -- To wszystko ich wina! Nie chcę nawet na nie patrzeć, ona za bardzo przypomina matkę. A on… On jest jej bratem.—Ethan Frye właśnie przebywał w swoim domu, w Crawley. Tłumaczył swojej teściowej któryś raz, że nie chce znać swoich dzieci.
 --Czemu  tak ich nienawidzisz? Co ci zrobiły? – W tej chwili matka Cecily zagrodziła mu drogę do kuchennych drzwi. – Nigdzie nie idziesz. Najpierw wyjaśnisz, potem pozwolę ci iść.
 --Nie rozumiesz, że to z ich winy moja ukochana nie żyje?! One ją zabiły!
 --Nikt nie mógł tego przewidzieć! Sam jesteś sobie winny! Nikt nie kazał zaciągać jej do łóżka, tak?—teraz to ona nie wytrzymała. Wiedziała, że nie powinna była głośno wypowiadać swoich myśli, lecz było już za późno. Minął ją i wyszedł. Rano już go nie było. Na stole zastała tylko list.


 Skoro to wszystko moja wina, to teraz sama się zajmij mordercami. Nie przyłożę do tego ręki. Odebrali mi wszystko, wyjeżdżam do Indii. Mój przyjaciel pragnie abym szkolił jego syna. 
Ethan Frye


Nie wiedziała co robić. Ojciec bliźniąt emigrował szybko po pogrzebie żony, a dzieci zostały same. Kilkudniowe maluchy zdane tylko na siebie. Nie mogła ich zostawić, w końcu to jej wnuki. Postanowiła się nimi zająć. Mimo wszystko po cichu liczyła na to, że Ethan się opamięta i wróci do rodziny nim będzie za późno na naprawianie swoich błędów.
*      *     *

Ethan Frye został nauczycielem i mentorem Jaayadeepa Mira, syna Arbaaza, jego najlepszego przyjaciela. Razem wykradli diament Koh-I-Noor.  Nie obchodził go los jego dzieci aż do pewnego momentu, gdy jego serce zmiękło. Zobaczył matkę Jayadeepa i jej syna siedzących razem, opatrywała mu otarcia po treningu. Wtedy, po raz pierwszy od wyjazdu z Anglii, zebrało mu się na łzy, które wstrzymał w ostatniej chwili. Następnego dnia wrócili do treningu. Uczył go nie tylko walki, ale również działań zwiadowczych. Jednym z jego zadań było podsłuchiwanie rozmów  i przekazywanie ich mentorowi. Tego dnia też go to czekało. Brytyjczyk siedział na brzegu fontanny, zamyślony. Trzynastoletni wówczas Jayadeep wrócił z nowymi informacjami.
 --Powiedz mi, mój drogi chłopcze, czego się dowiedziałeś.—Często nazywał go „drogim chłopcem”, a hindus to lubił. Czuł się akceptowany przez mistrza.
 --Dowiedziałem się czegoś o tobie, mistrzu.
 --Usłyszałeś jakąś paplaninę, tak, synu?
 --Paplaninę, mistrzu?
 --Paplaninę, czyli plotki, a jak ci zawsze powtarzałem, plotka może być potężnym źródłem informacji.           Zrobiłeś dobrze, starając się wyciągnąć jak najwięcej informacji.
 --Nie jesteś zły?
 --Nie, Jayadeepie. Nie jestem zły. Bądź łaskaw powiedzieć mi co usłyszałeś.
 --Może ci się to nie spodobać… -- W głosie chłopaka słychać było niepewność i lekki strach.
 --Nie wątpię. Powiedz tak  czy inaczej.
 --Kobiety mówiły, że miałeś żonę w Anglii, ale umarła, rodząc dwójkę waszych dzieci.—Dla Ethana czas jakby się zatrzymał. Znów ten ból… Ale i tęsknota. Tak, on tęsknił za NIMI. Sześć długich lat…
 --To prawda, Jayadeepie.. –Westchnął. --I kiedy próbowałem patrzeć na moje dzieci, Evie i Jacoba, odkryłem, że nie potrafię. Kiedy zaproszono mnie do Indii bez zastanowienia przyjąłem zaproszenie. Można powiedzieć, że uciekłem. Uciekłem od domu w Crawley i moich dzieci, żeby oblewać się potem w słońcu wraz z tobą, Jayadeepie.
Wtedy młody adept zrozumiał jakie ma szczęście mając takich rodziców jakich miał.
 --Ale już niedługo.—Niespodziewanie mentor znów zabrał głos. – Wrócę do Anglii, do Crawley, do Jacoba i Evie. Dopilnuję, abyś przeszedł od noży drewnianych do stalowych. Upewnię się, że jesteś gotowy do walki i wtedy wrócę do domu i tam zrobię to, co powinienem był zrobić na samym początku, będę ojcem dla moich dzieci.
Chłopak jeszcze o tym nie wiedział, ale Ethan w ten sposób mu dziękował. Jego obecność przy nim obudziła w asasynie instynkt ojcowski, którego nie czuł od śmierci żony.


niedziela, 21 sierpnia 2016

Prolog

Nie wszystko układa się zawsze jak trzeba. Niektóre sytuacje są inne niż można by się spodziewać.  Kłamstwo nie zawsze oznacza ukrycie lub ograniczenie prawdy. Są rzeczy, które nie powinny dostać się na światło dzienne.  Jedną taką informację ukryli przed Nowicjuszem Rebecca Crane i Shaun Hastings na temat bliźniąt Frye. Do użytku były tylko ograniczone wspomnienia, ale chyba nawet to i lepiej, bo co jeżeli w siedzibie asasynów grasuje szpieg? Abstergo nie musi wiedzieć jak wyglądał żywot Asasynów w wiktoriańskim Londynie. Wystarczy, że znają go odpowiednie osoby.
  Co jeśli ktoś wynosi informacje poza organizację? Co jeśli Templariusze są już przed nimi? Czy znajomość pewnych wydarzeń ma tu jakąś wartość? Czy nie jest już za późno? Żeby poznać prawdę należy przejść po tej historii raz jeszcze, ale nie tej ograniczonej, tylko pełnej. Przenieśmy  się zatem do dnia 24 października roku 2015. Shaun i Rebbeca znaleźli się w gabinecie Isabelle Ardant. Zaczęli przeszukiwać dane z jej komputera.
 --Isabelle Ardant ma tu spotkanie za kilka godzin, ale nie pisze z kim.—Rebecca zamyśliła się na chwilę.
 --Nie jest napisane, Rebecco.  Ale sądzę, że wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć. – Shaun obejrzał swoją dłoń.
 --Zaraz. Mieliście zdobyć informacje na temat lokalizacji Fragmentu Edenu w Londynie.—Jak zawsze nieodzowny towarzysz musi przypomnieć o nadrzędnych sprawach. Fragment Edenu, rzecz której pożądają Templariusze i trzeba im ją odebrać.
*                    *                    *


 --Masz odszukać Fragment Edenu we wspomnieniach Jacoba i Evie Frye. Bliźniąt z Bractwa Asasynów działającego w wiktoriańskim Londynie.—Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Żeby znaleźć ten Fragment nie potrzeba całych wspomnień, trzeba tylko odpowiednich fragmentów. Ale warto spojrzeć dalej, i wcześniej, i później… Najpierw może przestudiować rodzinę Frye? Tak, to chyba dobra myśl.
  Niepozorne zadanie może namieszać w głowach. A jeżeli Abstergo wpadło na ten sam pomysł? Trzeba się śpieszyć, zanim będzie za późno.