środa, 31 sierpnia 2016

Rozdział 3.

Od wyjazdu  Ethana z Amritsar minęło 6 lat. Bliźnięta niedawno obchodziły swoje 12 urodziny. Dla asasyna ten dzień przyniósł mieszane uczucia. Dwanaście lat wcześniej jego życie straciło barwy, ale znów je odzyskało. Tego dnia został ojcem, ale też stracił bezpowrotnie swoją ukochaną. Po tak długim czasie już tak nie bolało to wspomnienie, ale nadal tęsknił. Gdyby nie dzieci, już pewnie by nie żył. Chcąc połączyć się na nowo ze swoją żoną popełniłby samobójstwo. Tylko te dwa roześmiane dzieciaki trzymały go przy życiu. Nadawały mu sens od sześciu lat, wtedy to postanowił wrócić, zrozumiał swój błąd. Miał szczęście, że dzieci szybko go zaakceptowały, bo gdyby tego błędu nie dało się naprawić… On sam nie wiedział co by zrobił. Gdybanie nic tu nie da. Postanowił skontaktować się ze swoim dawnym przyjacielem, Arbaazem Mirem. Wysłał do Indii list zaadresowany do niego.

Drogi Arbaazie,
minęło sześć lat, odkąd opuściłem Indie i wróciłem do domu do Anglii. Sześć lat, odkąd rozmawialiśmy po raz ostatni, mój sdepeszęhu. O wiele za długo.
   W tym czasie nauczyłem się opłakiwać stratę mojej ukochanej żony, Cecily, i to w sposób, który sama by pochwaliła, czyli innymi słowy, odrzuciłem swoją dawną urazę, aby zbudować więź z naszymi dziećmi, Evie i Jacobem. Żałuję, że kiedykolwiek uważałem je za odpowiedzialne za moją stratę; zrobiłem, co w mojej mocy, by wynagrodzić im utracone lata dzieciństwa.
  To lata spędzone z twoim wyjątkowy synem, Jayadeepem, pobudziły mnie do działania i  będę za to dozgonnie wdzięczny wam obu. Jayadeep popchnął mnie na ścieżkę oświecenia, która sprawiła, że przewartościowałem swój sposób myślenia. Przykro mi o tym wspominać, Arbaazie, ale to tylko umocniło moją determinację w sprawie, która poróżniła nas lata temu i która jest powodem, dla którego znów się z tobą kontaktuję.
  Powinienem do wyjaśnić. Jako asasyni mamy wpojoną pewną filizofię. W odróżnieniu od templariuszy, którzy dzielą mieszkańców świata na pasterzy i owce, my widzimy miliony jasnych punktów: inteligentne, czujące istoty, z których każda ma swój potencjał i jest zdolna do działania w ramach większej całości.
  Albo tak chcielibyśmy myśleć. Ostatnio zaczynam się nad tym zastanawiać. Czy zawsze stosujemy tą filozofię? Szkoląc młodych asasynów, wkładamy im w ręce noże, choć ledwie nauczyli się chodzić. Nauczamy wartości przekazywanych z pokolenia na pokolenie, robiąc z dziecka istotę pełną przesądów i  uprzedzeń, a przede wszystkim, w naszym konkretnym przypadku, zabójcę.
  To, co robimy jest słuszne. Nie odczytuj tego, proszę, jako wyrazu wątpliwości ideologicznych z mojej strony, bo nigdy nie byłem bardziej pewny, że Bractwo opowiada się za tym, co w tym świecie słuszne. Moje wątpliwości, drogi Arbaazie, dotyczą stosowania tej ideologii i  to one nie pozwalają mi w nocy spać, sprawiają, że zastanawiam się czy nie zawiedliśmy naszych dzieci, lepiąc je na swój obraz i podobieństwo, podczas gdy w rzeczywistości powinniśmy uczyć je, by szły swoją własną drogą. Zastanawiam się, czy nasze przestrzeganie wartości, które wyznajemy, nie jest gołosłowne.
  Z moimi dziećmi spróbowałem obrać inną drogę niż ta, którą starałem się podążać w pracy z Jayadeepem. Zamiast narzucać rozwiązania, usiłowałem dawać im narzędzia, dzięki którym będą się uczyć same.
  Pochlebia mi, że obierają ten sam kierunek, co ja. Jak wiesz, aktywność asasynów w Londynie jest od dawna mocno osłabiona. Nasze Bractwo jest tu nieliczne, podczas gdy templariusze pod dowództwem swojego Wielkiego Mistrza, Crawforda Starricka, wciąż rosną w siłę; dotarła do nas informacja, że nasz przeciwnik przeniknął do elity miasta głębiej ,niż sądziliśmy. Niewątpliwie coś szykują. Coś dużego. I pewnego dnia, kiedy będą gotowi, Jacob i Evie dołączą do walczących z nimi.

Kiedy będą gotowi. Dobrze to zapamiętaj, Arbaazie. Pozwalam im, aby odnaleźli swoją własną drogę, i przestrzegam zasady, by mogli się nazywać w pełni wyszkolonymi assynami, kiedy będę wiedział, że są w pełni przygotowani do wykonywania zadań nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Robię to, wiedząc, że wszyscy jesteśmy indywidualnościami  i nadajemy się do różnych rzeczy. Być może nazywamy się asasynami, ale nie każdy z nas może być zabójcą.
  I tak właśnie jest z twoim synem. Rozumiem jak bolesne to musi być, bo w końcu to twój potomek. Sam jesteś wybitnym asasynem i on też ma potencjał, by nim zostać. Wiem jednak na pewno, że chociaż Jayadeep jest zręczny i utalentowany w zadawaniu śmierci, to nie ma do tego serca.
  Będzie zabijał. Tak, będzie zabijał, jeśli zajdzie taka potrzeba. W obronie własnej lub tych, których kocha, zrobi to w mgnieniu oka. Ale zastanawiam się czy zrobi to w imię naszej ideologii. Czy zrobi to w imię naszego Credo?
  Czy zrobi to z zimną krwią?
 I dlatego piszę ten list właśnie teraz. Doszły mnie słuchy, że Jayadeep ma wykonać swoją pierwszą prawdziwą misję. Zabójstwo.
  Cieszę się, że wziąłeś moje rady sprzed sześciu lat do serca i poczekałeś z jego chrztem bojowym.  Mimo to, moim zadaniem, Jayadeep nie ma dostatecznej determinacji by tego dokonać. I nigdy jej nie zdobędzie.
  Mówiąc wprost, jest inny niż ja i ty. Być może inny niż Jacob i Evie. Innymi słowy, posyłając go do akcji, sprowadzasz na siebie coś gorszego jak hańba, że twój syn nie potrafi pójść w twoje ślady, bo zamiast tego może się to zakończyć klęską.
Błagam cię, zwolnij go z tego zadania, spójrz na niego świeżym okiem, wykorzystaj najlepsze z niezwykłych zdolności swojego syna dla dobra Bractwa, zamiast opierać się na tych najgorszych.
  Mam nadzieję, że napiszesz mi w odpowiedzi o swojej decyzji, i modlę się, byś okazał tę samą mądrość i powściągliwość, za które już cię chwaliłem. Kiedyś mi zaufałeś, proszę cię, Arbaazie, zaufaj mi ponownie.
Jak zawsze twój,
Ehan Frye,
Londyn

Niestety odpowiedź była inna niż by oczekiwał. Arbaaz wysłał swojego syna na chrzest bojowy. Gorzko tego pożałował. Niespełna miesiąc po odpowiedzi, Ethan dostał kolejną wiadomość z Indii. Depeszę przekazał mu jego przyjaciel z Bractwa, George Westhouse. Usiadł wygodnie w fotelu i rzucił okiem na wiadomość. Zamarł.


Niezwłocznie przekazać Ethanowi Frye’owi: Jayadeep jest w Ciemności.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Rozdział 2.

Nadszedł  czas, by Ethan opuścił Amritsar, ale było coś, co go niepokoiło, i zwołał spotkanie rodzinne, którego wynik miał strząsnąć rodziną Mirów. Arbaaz, ojciec Jayadeepa, spodziewał się, że Ethan  ogłosi im, iż wypełnił obietnicę. Był pewny, że jego syn jest już gotowy do walki w polu.
 --Uważam, że nie jest gotowy—powiedział Ethan bez ostrzeżenia, wprost.
Arbaaz uśmiechnął się łamiąc chleb.
 --W takim razie musisz zostać, mój drogi druhu. Obiecałeś, że nie wyjedziesz dopóki nie będzie gotów. Taka była umowa.
 --Wysłałem już list, czekają na mnie w domu i zamierzam dotrzymać obietnicy jaką im złożyłem. Mimo wszystko wrócę tu, możesz być pewien.
 --W takim razie nie rozumiem. Wedle naszej umowy miałeś go szkolić, aż będzie gotowy do pracy w terenie. Będziesz mnie musiał oświecić. Przez wszystkie spędzone tu lata mówiłeś, że jest jednym z najbardziej utalentowanych młodych asasynów, jakich spotkałeś. Sam widziałem, że nie brakuje mu umiejętności, a teraz w przeddzień swojego wyjazdu mówisz mi, że nie jest gotowy. Wybacz mi moją konsternację. W jakim sensie ten świetnie wyszkolony, niezwykle wprawny chłopak, którego mentor właśnie wybiera się do domu nie jest gotowy? Dlaczego?—Arbaaz z każdym słowem podnosił ton głosu. Był wyraźnie zdezorientowany. Sam szkolił swojego syna, a potem przekazał go najlepszemu nauczycielowi. Jak nie mógł być gotów? Czego mu brakowało?
 --To prawda, że chłopiec ma niesamowite zdolności i udało mi się uformować ten dar w doskonałego asasyna. Sam dużo się od niego nauczyłem, co jest jednym z powodów mojego powrotu do domu. I nie zamierzam zboczyć z tej drogi, niezależnie od tego, jak wieloma okruchami mnie oplujesz, stary druhu.—Zmieszany Arbaaz przetarł usta dłonią.
 --A więc dlaczego? Dlaczego zostawiasz nas w tym kluczowym momencie?
Ethan spojrzał na chłopca kryjącego się w cieniu matki. Momentalnie posmutniał.
 --Brakuje mu czegoś co mamy my, ty i ja. Brakuje mu instynktu zabójcy. Potrafi to zrobić i na pewno zabije, gdy będzie musiał. Być może ma coś, czego nie mamy my…
 --Chcesz powiedzieć, że mój syn jest tchórzem?—To słowo tak dobitnie uderzyło w uszy chłopca, że zebrało mu się na łzy. Nie chciał aby ojciec tak o nim myślał.
 --Na litość boską, Arbaazie! Oczywiście, że nie. To kwestia usposobienia.  Jeśli wyślesz chłopca w teren, to albo zawiedzie, albo…
 --Nie zawiodę!—Nagle do dyskusji wciął się młody asasyn.
 --To żaden wstyd. Może służyć Bractwu w inny sposób Jakże wspaniałym będzie mentorem!  Mistrzem taktyki, politykiem. Wielkim przywódcą… A ktoś musi nimi być. Tylko… nigdy.. nie będzie wojownikiem.
Arbaaz już nie wytrzymał. Jak szanował Ethana, tak miał ochotę go wyrzucić w tej chwili. Zignorował wszystkich przy stole, poza Brytyjczykiem.
 --Mój syn będzie wielkim wojownikiem, Frye. Będzie wybitnym asasynem, mentorem Indyjskiego Bractwa…-- Złość aż z niego kipiała.
 --I tak może..
 --Tylko jeśli dowiedzie swojej wartości w walce. Jako wojownik. Jako asasyn.
 -- Nie jest gotowy, Arbaazie, i przykro mi, jeśli łamie ci to serce, ale nigdy nie będzie.
 --Cóż…--powiedział Arbaaz, wstając.—Otóż, Ethanie to tylko twoje zdanie.
To była ich ostatnia rozmowa. Ethan Frye następnego dnia już był w drodze do domu. Nie wiedział, czy jeszcze kiedyś wróci do Indii.

*      *      *

Po długiej podróży statkiem z Indii, Ethan Frye stanął przed drzwiami swojego domu. Sześć długich lat, tyle go tu nie było. Nagle jego uszu dobiegł śmiech dzieci. Łzy stanęły mu w oczach, ale je powstrzymał. Bał się tej konfrontacji jak niczego innego. Tak, odważny asasyn, mentor się bał. Nie wiedział jak się zachować. Niby czekali, ale… No właśnie. Dzieci nie mają prawa go pamiętać. Zostawił je gdy miały około tygodnia. Wyjechał tuż po pogrzebie Cecily. Cecily… Jak on za nią tęsknił… Wewnętrznie marzył aby dzieci nie były do niej podobne, nie wiedział jak to zniesie. Ale w końcu musiał się przełamać.
Podszedł do drzwi i zapukał. Otwarła mu matka jego zmarłej żony. Na jego widok ucieszyła się niezmiernie i uścisnęła go z radością.
 --Jacob! Evie! Chodźcie szybko! –zawołała, gdy tylko się odsunęła.
Sześcioletnie bliźnięta przybiegły do babci, ale stanęły jak wryte na widok ojca. Słyszeli o nim wiele, ale nie wiedzieli jak reagować. Żadne z nich go nie pamiętało. Na wszelki wypadek dzieci schowały się za dotychczasową opiekunką. Ta jednak wypchnęła ich przed siebie.
Evie wyglądała zupełnie jak jej matka. Piegi na nosie, brązowe włosy  i zielone oczy. Natomiast Jacob… Mógłby przysiąc, że patrzył w odmładzające lustro. Te same rysy twarzy, brązowe oczy.. Był identyczny jak on w jego wieku. Ethanowi zaszkliły się oczy. Nie umiał powstrzymać łez. Podszedł do dzieci i klęknął przy nich. Przytulił do siebie nadal zdezorientowane i przerażone dzieci. Dopiero po chwili one również odwzajemniły ten gest. Dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo tęsknił. Stracił poczucie czasu w momencie, gdy się rozpłakał. Może trwali tak 5 minut, a może godzinę lub dwie. Nie wiedział. Natomiast wiedział jedno, odzyskał rodzinę. Cały wieczór spędził z dziećmi, pragnął nadrobić stracone lata. Evie i jej brat nie wiedzieli jak mają reagować na obcego przybysza podającego się za ich ojca. Po dłuższej chwili Evie zabrała głos, majtając nóżkami zwisającymi z kanapy.
 --Jacob… To chyba rzeczywiście nasz tata… Jesteś do niego podobny, wiesz? Ty też płaczesz w każdej chwili.
Jej brat momentalnie się zawstydził. Był jedynym facetem w domu, chciał być twardy. Niestety nie miał wzoru do naśladowania.
 --Evie.. Łzy nie są słabością, zrozum. Nie tylko Jacob jest do mnie podobny, ty również, ale nie z wyglądu. Może wewnętrznie jesteś taka jak ja? Tego nie wiesz, może dowiesz się z czasem. – Ethan spojrzał z czułością na swoje dzieci. Bardzo chciał być dobrym ojcem.

*      *      *


Siedział u nich w pokoju, był z nimi aż do późna. Nie potrafił się rozstać na noc. Przez prawie godzinę opowiadał im o Indiach. Słuchały tego z zapartym tchem, aż do chwili, gdy piasek zaczął pojawiać się pod powiekami. Bliźnięta usnęły oparte o jego kolana. Ułożył je w łóżkach i z wielkim bólem sam udał się na spoczynek. Kto by pomyślał, że prawie obcy mu chłopak rozbudzi w nim tak silny instynkt ojcowski?

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 1.

   Jeśli zależy nam na pełnej historii warto zacząć od początku.. Więc na początku był wielki wybuch.. No dobra, nie tak dalekiego początku. Może od rodziców Jacoba i Evie? Chyba to dobry początek. Bliźnięta Frye pochodzą z rodu Asasynów. Wszyscy od pokoleń należeli do tego Bractwa, łącznie z ich matką - Cecily oraz ojcem - Ethanem . 9 listopada 1847 roku Ethan poniósł najboleśniejszą stratę w całym swym życiu. Jego najukochańsza żona zmarła krótko po porodzie. Jedyne, co po niej zostało, to wspomnienie oraz dwójka dzieci. Jacob oraz starsza o kilka minut Evie. Nie akceptował ich. Traktował jak zło konieczne.
 -- To wszystko ich wina! Nie chcę nawet na nie patrzeć, ona za bardzo przypomina matkę. A on… On jest jej bratem.—Ethan Frye właśnie przebywał w swoim domu, w Crawley. Tłumaczył swojej teściowej któryś raz, że nie chce znać swoich dzieci.
 --Czemu  tak ich nienawidzisz? Co ci zrobiły? – W tej chwili matka Cecily zagrodziła mu drogę do kuchennych drzwi. – Nigdzie nie idziesz. Najpierw wyjaśnisz, potem pozwolę ci iść.
 --Nie rozumiesz, że to z ich winy moja ukochana nie żyje?! One ją zabiły!
 --Nikt nie mógł tego przewidzieć! Sam jesteś sobie winny! Nikt nie kazał zaciągać jej do łóżka, tak?—teraz to ona nie wytrzymała. Wiedziała, że nie powinna była głośno wypowiadać swoich myśli, lecz było już za późno. Minął ją i wyszedł. Rano już go nie było. Na stole zastała tylko list.


 Skoro to wszystko moja wina, to teraz sama się zajmij mordercami. Nie przyłożę do tego ręki. Odebrali mi wszystko, wyjeżdżam do Indii. Mój przyjaciel pragnie abym szkolił jego syna. 
Ethan Frye


Nie wiedziała co robić. Ojciec bliźniąt emigrował szybko po pogrzebie żony, a dzieci zostały same. Kilkudniowe maluchy zdane tylko na siebie. Nie mogła ich zostawić, w końcu to jej wnuki. Postanowiła się nimi zająć. Mimo wszystko po cichu liczyła na to, że Ethan się opamięta i wróci do rodziny nim będzie za późno na naprawianie swoich błędów.
*      *     *

Ethan Frye został nauczycielem i mentorem Jaayadeepa Mira, syna Arbaaza, jego najlepszego przyjaciela. Razem wykradli diament Koh-I-Noor.  Nie obchodził go los jego dzieci aż do pewnego momentu, gdy jego serce zmiękło. Zobaczył matkę Jayadeepa i jej syna siedzących razem, opatrywała mu otarcia po treningu. Wtedy, po raz pierwszy od wyjazdu z Anglii, zebrało mu się na łzy, które wstrzymał w ostatniej chwili. Następnego dnia wrócili do treningu. Uczył go nie tylko walki, ale również działań zwiadowczych. Jednym z jego zadań było podsłuchiwanie rozmów  i przekazywanie ich mentorowi. Tego dnia też go to czekało. Brytyjczyk siedział na brzegu fontanny, zamyślony. Trzynastoletni wówczas Jayadeep wrócił z nowymi informacjami.
 --Powiedz mi, mój drogi chłopcze, czego się dowiedziałeś.—Często nazywał go „drogim chłopcem”, a hindus to lubił. Czuł się akceptowany przez mistrza.
 --Dowiedziałem się czegoś o tobie, mistrzu.
 --Usłyszałeś jakąś paplaninę, tak, synu?
 --Paplaninę, mistrzu?
 --Paplaninę, czyli plotki, a jak ci zawsze powtarzałem, plotka może być potężnym źródłem informacji.           Zrobiłeś dobrze, starając się wyciągnąć jak najwięcej informacji.
 --Nie jesteś zły?
 --Nie, Jayadeepie. Nie jestem zły. Bądź łaskaw powiedzieć mi co usłyszałeś.
 --Może ci się to nie spodobać… -- W głosie chłopaka słychać było niepewność i lekki strach.
 --Nie wątpię. Powiedz tak  czy inaczej.
 --Kobiety mówiły, że miałeś żonę w Anglii, ale umarła, rodząc dwójkę waszych dzieci.—Dla Ethana czas jakby się zatrzymał. Znów ten ból… Ale i tęsknota. Tak, on tęsknił za NIMI. Sześć długich lat…
 --To prawda, Jayadeepie.. –Westchnął. --I kiedy próbowałem patrzeć na moje dzieci, Evie i Jacoba, odkryłem, że nie potrafię. Kiedy zaproszono mnie do Indii bez zastanowienia przyjąłem zaproszenie. Można powiedzieć, że uciekłem. Uciekłem od domu w Crawley i moich dzieci, żeby oblewać się potem w słońcu wraz z tobą, Jayadeepie.
Wtedy młody adept zrozumiał jakie ma szczęście mając takich rodziców jakich miał.
 --Ale już niedługo.—Niespodziewanie mentor znów zabrał głos. – Wrócę do Anglii, do Crawley, do Jacoba i Evie. Dopilnuję, abyś przeszedł od noży drewnianych do stalowych. Upewnię się, że jesteś gotowy do walki i wtedy wrócę do domu i tam zrobię to, co powinienem był zrobić na samym początku, będę ojcem dla moich dzieci.
Chłopak jeszcze o tym nie wiedział, ale Ethan w ten sposób mu dziękował. Jego obecność przy nim obudziła w asasynie instynkt ojcowski, którego nie czuł od śmierci żony.


niedziela, 21 sierpnia 2016

Prolog

Nie wszystko układa się zawsze jak trzeba. Niektóre sytuacje są inne niż można by się spodziewać.  Kłamstwo nie zawsze oznacza ukrycie lub ograniczenie prawdy. Są rzeczy, które nie powinny dostać się na światło dzienne.  Jedną taką informację ukryli przed Nowicjuszem Rebecca Crane i Shaun Hastings na temat bliźniąt Frye. Do użytku były tylko ograniczone wspomnienia, ale chyba nawet to i lepiej, bo co jeżeli w siedzibie asasynów grasuje szpieg? Abstergo nie musi wiedzieć jak wyglądał żywot Asasynów w wiktoriańskim Londynie. Wystarczy, że znają go odpowiednie osoby.
  Co jeśli ktoś wynosi informacje poza organizację? Co jeśli Templariusze są już przed nimi? Czy znajomość pewnych wydarzeń ma tu jakąś wartość? Czy nie jest już za późno? Żeby poznać prawdę należy przejść po tej historii raz jeszcze, ale nie tej ograniczonej, tylko pełnej. Przenieśmy  się zatem do dnia 24 października roku 2015. Shaun i Rebbeca znaleźli się w gabinecie Isabelle Ardant. Zaczęli przeszukiwać dane z jej komputera.
 --Isabelle Ardant ma tu spotkanie za kilka godzin, ale nie pisze z kim.—Rebecca zamyśliła się na chwilę.
 --Nie jest napisane, Rebecco.  Ale sądzę, że wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć. – Shaun obejrzał swoją dłoń.
 --Zaraz. Mieliście zdobyć informacje na temat lokalizacji Fragmentu Edenu w Londynie.—Jak zawsze nieodzowny towarzysz musi przypomnieć o nadrzędnych sprawach. Fragment Edenu, rzecz której pożądają Templariusze i trzeba im ją odebrać.
*                    *                    *


 --Masz odszukać Fragment Edenu we wspomnieniach Jacoba i Evie Frye. Bliźniąt z Bractwa Asasynów działającego w wiktoriańskim Londynie.—Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Żeby znaleźć ten Fragment nie potrzeba całych wspomnień, trzeba tylko odpowiednich fragmentów. Ale warto spojrzeć dalej, i wcześniej, i później… Najpierw może przestudiować rodzinę Frye? Tak, to chyba dobra myśl.
  Niepozorne zadanie może namieszać w głowach. A jeżeli Abstergo wpadło na ten sam pomysł? Trzeba się śpieszyć, zanim będzie za późno.