sobota, 17 września 2016

Rozdział 5.

Kartki w kalendarzu leciały jedna po drugiej, nawet nie wiadomo kiedy minęły trzy lata. W przeciągu tych wielu miesięcy bliźnięta szkoliły się w sztuce zabijania, podkradania się oraz szpiegostwa. Mimo swoich niesamowitych osiągnięć w nauce nie przeszły do broni stalowej. Ethan nie chciał zbyt szybko robić z dzieci morderców. Cieszył się z postępów, to fakt. Ale uznał, że jeszcze nie czas, są za młodzi aby posiąść prawdziwą, śmiercionośną broń. Chciał widzieć jak korzystają z lat dzieciństwa, bo tego brakowało każdemu asasynowi- lat spędzonych na beztroskiej zabawie. Jego własny ojciec wepchnął mu nóż w ręce gdy skończył dwanaście lat. Wtedy już był „gotowy” pod względem fizycznym. Psychicznie dorósł do tego krótko przed osiemnastymi urodzinami. Do tego dnia bardzo chciał odzyskać utracone lata swawoli i zabaw z rówieśnikami. Nie mógł popełnić tego samego błędu przy Jacobie i Evie, nie chciał. Jego dzieci miały już po piętnaście lat, prawie szesnaście. Już pora aby dostały swoją pierwszą poważną broń. Nie miał zamiaru robić tego zbyt szybko, ale nadmierne zwlekanie też nie było dobre. Zabrał ze swojego biurka dwie drewniane skrzyneczki i poszedł z nimi do salonu. Zastał rodzeństwo jak zawsze o tej porze: Evie siedzącą z nosem w jego książce oraz Jacoba leżącego na kanapie,  obracającego w palcach drewniane ostrze, ze stosem książek obok. Nigdy nie potrafił zagonić swojego syna do przeczytania chociażby jednej książki od początku, do końca. Nie wiedział jak do niego dotrzeć, jak wytłumaczyć. Jego obchodziły tylko morderstwa, cele i bronie. „Typowy chłopak w tym wieku”, pomyślał.
 --Jacob, Evie—odchrząknął dosyć głośno, aby dzieci zwróciły na niego swoją uwagę.—Pozwólcie na chwilę.—Po tych słowach usiadł na kanapie kładąc przed sobą, na stoliku obie ozdobne skrzyneczki zdobione grawerami symbolu Bractwa.
 --Ojcze, co to takiego?—Evie wyraźnie zaintrygowana uważnie oglądała pudełko.
 --Czy to dla nas?—Jacob wyciągnął rękę po zawartość skrzyneczki, ale zaraz dostał książką po palcach. Jego siostra jak zwykle stanęła mu na drodze.
 --Evie, nie bij go. To dla was, jedno dla każdego. Uznałem, że już czas na to. Bractwo uważa, że zbyt długo czekałem, ale dopiero teraz wiem, że mogę wykonać ich polecenie. Koniec z drewnianymi zabaweczkami, macie już swoje lata, jesteście gotowi aby zmienić rodzaj broni. Śmiało, otwórzcie je.—Jak zawsze pokrzepiający uśmiech ich ojca pchnął śmielszego z bliźniaków do wzięcia spraw w swoje ręce. Już po chwili Jacob trzymał w jeden dłoni metalowe kukri, a w drugim ostrze, gotowe do wpięcia w rękawicę. Jego pierwsze ukryte ostrze. Zaraz po nim do zawartości dobrała się Evie. Pierwszym, co zobaczyła było czerwone wysłanie ścianek pudełka, a dno było małą czerwoną poduszeczką z symbolem Bractwa. Na owej poduszce leżał taki sam komplet broni, co u jej brata. Jednak bardziej zainteresowała się swoim odwiecznym pragnieniem. Każde z nich posiadało już swoją rękawicę, ale pustą. Wreszcie posiadła ostrze, które idealnie wpasuje się w mechanizm. Wreszcie będzie pełnoprawną asasynką.
 --Dziękuję, ojcze. To cudowna niespodzianka..—Frye’ówna miała łzy w oczach, nie spodziewała się bowiem takiego prezentu.
 --Drobiazg, jutro przetestujecie po raz pierwszy swoje zabawki, co wy na to?
 --Nie możemy dzisiaj?—Wielce niezadowolony okazał się jak zawsze Jacob. Gdy chodziło o broń, on był pierwszym, który chciał ją testować.
 --Jutro, Jacobie. Jutro. O ile pamiętam, to na dzisiaj jesteś umówiony z Susan, nieprawdaż? I o ile mi wiadomo, to chyba jesteś spóźniony…
Młody Frye aż zdrętwiał. Rzeczywiście, zapomniał na śmierć o swojej dziewczynie. Był z nią umówiony na stacji w Crawley, przyjeżdżała do niego co tydzień z Londynu. Ach, Londyn… Ile on by dał, żeby tam mieszkać…  Zerwał się z kanapy i biegiem ruszył na piętro biorąc po dwa schody na krok. Wpadł do swojego pokoju, szybko się przebrał i znów biegiem wpadł do salonu, o mało nie zostając na drzwiach. Naciągnął buty na nogi i już go nie było. Jego skleroza była istną tragedią. Pojawił się na stacji chwilę przed pociągiem. Udało się, nie był spóźniony. Już po chwili stała przed nim jego ukochana Susan. Jak zawsze pojawiła się w delikatnej sukni i z parasolką. Jej strój mocno podkreślał jej status społeczny, była młodą arystokratką. Powinien być jej wdzięczny, że zniżyła się do takiego poziomu, aby przyjechać do takiej dziury, jaką było Crawley.
 
 *          *          *

Całe ich spotkanie przebiegłoby jak zwykle, gdyby nie to, że Susan postanowiła zobaczyć dom swojego chłopaka. Akurat Ethan wraz z Evie wybrali się do George’a Westhouse’a, aby Frye’ówna mogła posłuchać historii Londyńskiego bractwa. Jacob korzystając z nieobecności starszych od siebie postanowił wraz z Susan wznieść toast za ich udany związek. Po opróżnieniu całej butelki obojgu urwał się film.
Obudził się rano w swoim łóżku, ale coś mu ewidentnie nie pasowało. Walcząc z zawrotami głowy spojrzał na drugą stronę łóżka i zdębiał. Nigdy nie sądził, że w tak młodym wieku wyląduje w łóżku ze swoją dziewczyną. Nie tak sobie to wyobrażał, chociażby dlatego, że chciałby coś z tego pamiętać. Nie miał pojęcia co się działo, czy jego ojciec wrócił do domu, jeśli tak, to kiedy… Czuł się jakby miał czarną dziurę we wspomnieniach. Niedługo po nim obudziła się arystokratka. Zupełnie nieprzejęta sytuacją wstała z łóżka, ubrała się i podziękowawszy za gościnę opuściła jego dom przez nikogo niezauważona. Zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażał. Cały tydzień minął jak każdy inny, jedynie co, to młody Frye starał się ustalić co się działo. Na jego szczęście nikt nie wiedział o jego nocnej przygodzie. Gdy nadszedł czas standardowego spotkania na stacji zamiast ukochanej zastał jej służącą, która przekazała mu kopertę. W środku znalazł list:

Drogi Jacobie,
Uważam, że to zaszło za daleko. Lepiej będzie jak o sobie zapomnimy i odpuścimy raz na zawsze. Nie chciałam ci łamać serca, ale nie jesteś w moim typie. Trochę obrzydza mnie twój status społeczny. Jeżeli kiedykolwiek dorobisz się swojego majątku, to daj znać. Wtedy jeszcze raz zastanowię się, czy mamy szansę. Ale na razie zapomnij.

 Susan

Wtedy po raz pierwszy poczuł, co znaczy złamane serce. 

poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział 4.

Ethan Frye niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości wprost z Amritsar zerwał się z fotela, szybko wciągnął buty na nogi, zarzucił na plecy płaszcz i krzyknął, że niedługo wróci, nim wyszedł. Dosiadł konia i pognał do Londynu. Szybko zorganizował sobie transport do Indii następnego dnia. Nie miał czasu do stracenia, jego uczeń mógł przypłacić swoją porażkę życiem. Po zorganizowaniu podróży, dokupieniu niezbędnych rzeczy i długich przemyśleniach wrócił do domu. Jacob i Evie już czekali.
 --Tato, gdzie byłeś?—jego córka wlepiła w niego swoje zielone oczy. Coś ukuło go w sercu, nie chciał ich zostawić po raz drugi.
 --Musiałem coś załatwić. Uważam, że powinniśmy..—nie dane było mu dokończyć, gdy w zdanie wszedł mu jego syn trzymający w dłoni świstek papieru, który zmącił jego spokojne życie.
 --Znów wyjedziesz? Zostawisz nas? Kolejne kilka lat mamy czekać nie wiedząc czy nie zostaliśmy z Evie sierotami?—w jego głosie rozbrzmiewał ogromny ból, ale i złość. Nie mógł zrozumieć, czemu obcy hindus jest tak bliski ich ojcu. Nie chciał znów go stracić, tyle co go odzyskali, a on już znika.
 --Jacob, to nie tak. Jayadeep, to jest syn mojego przyjaciela, jest w bardzo złej sytuacji. Muszę tam wrócić, inaczej on przypłaci to życiem. Nie chcę, aby mój były uczeń zginął za swój błąd, rozumiesz?—klęknął przed nimi na podłodze, popatrzył w ich poważne oczy. Nagle zniknęły te dziecięce uśmiechy, a na twarze wpełzła śmiertelna powaga. Nie zachowywali się jak dzieci, ani on, ani ona. Zupełnie jak ich ojciec. –Nie będę tam długo, obiecuję. Doprowadzę do jego uniewinnienia i wracam, przysięgam. Miesiąc, góra trzy. Nie więcej. Dacie sobie radę przez tyle czasu, prawda? Na ten czas zawieszamy trening, nie chcę aby stała wam się krzywda pod moją nieobecność.—Nie było mu łatwo podjąć taką, a nie inną decyzję. Był rozdarty. Z jednej strony w Crawley był jego dom, a z drugiej musiał jechać, aby bronić chłopaka, któremu zawdzięczał swój powrót do rodziny. Nie miał nigdy tak trudnego wyboru.
Następnego dnia Ethan pożegnał się z dziećmi i pojechał do Londynu, aby wsiąść na statek do Indii. Przy rozstaniu całej trójce poszły łzy z oczu. I dzieci, i on byli pełni obaw. A co jak coś się stanie i będzie to ich ostatnie pożegnanie? Nawet nie chcieli o tym myśleć.

 *      *      *

--Jacob! Zostaw to!—Jeszcze w tym samym tygodniu młodszy z bliźniąt nie potrafił sprostać pokusie dotknięcia stalowej broni ojca.
 --Oj Evie.. Nie zepsuję tego, chcę tylko obejrzeć. Sądzisz, że i my takie kiedyś dostaniemy?—chłopak zafascynowany wpatrywał się pod uniesione wieczko pudełka, w którym spoczywało ostre jak brzytwa zdobione kukri ojca.
 --Ojciec powiedział..
 --Oh, ojciec… Nie ma go tu teraz, przestań. Nic się nie stanie jak wezmę to do rąk. Przecież nie zniszczę połowy domu, nie przesadzajmy.
--Żeby nie było, że nie ostrzegałam!—rozjuszona dziewczynka wyszła z pokoju. Nie chciała ponosić konsekwencji czynów jej brata.
Dzieci cierpliwie czekały na powrót ojca, ale każde w inny sposób. Evie całe dnie spędzała w domowej bibliotece wśród ksiąg ojca dotyczących bractwa, łaknęła wiedzy. Jacob był zupełnym je przeciwieństwem. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. A to kradł sąsiadowi owoce z drzew, a to wykradał coś siostrze.. Niestety szybko się nudził i zadręczał swoją nudą Evie. Ta odpowiadała mu zawsze milczeniem. Minął jeden miesiąc, drugi, a Ethana nadal nie było. Cierpliwość Jacoba się wyczerpała. Ten cudowny nóż tak bardzo go korcił.. Mógłby przysiąc, że go wołał. Musiał go dotknąć, wyjąć z pudełka… Chociaż raz się nim zamachnąć jak do ciosu.. Ale na drodze stała mu siostra, największy kabel jakiego zna. Nigdy nie umiała utrzymać języka za zębami, a już szczególnie przed ojcem. Wyczekał moment, gdy Evie gdzieś poszła. Zakradł się do gabinetu ojca i wyciągnął drewniane pudełko, w którym spoczywało kukri. Zapragnął go jeszcze bardziej.  Bez zastanowienia wyjął je i ułożył na dłoniach. Wreszcie poczuł wagę prawdziwego oręża, takiego, jakim będzie kiedyś walczył. Wyszedł na środek pokoju, gdzie było więcej miejsca. Obejrzał je po raz kolejny, złapał w jedną rękę i wziął zamach. Metal ze świstem przeciął powietrze. Ten dźwięk był muzyką dla jego uszu, to było właśnie to, co chciał robić w życiu. Jeszcze raz zrobił to samo, gdy do pokoju bezszelestnie weszła jego siostra.
 --JACOB!—wydarła się na niego już w progu—Miałeś tego nie ruszać! Obiecałeś nie dotykać!
Wystraszony chłopak podskoczył w miejscu wzdrygając się. Pech chciał, że broń wypadła mu z rąk, ponad niego. Nawet nie próbował jej łapać, palce wolał zachować. Niestety ostre jak brzytwa ostrze nie minęło go. Rozcięło mu część lewego policzka, na kości. Jego przerażony krzyk pełen bólu i cierpienia rozniósł się echem po domu. Rana obficie krwawiła, a strach dziecka niczego nie ułatwiał. Evie nie wiedząc co robić przez kilka minut stała jak wryta. Dopiero po chwili ruszyła się z miejsca i zabrała brata do łazienki aby umyć jego policzek z krwi. Po czasochłonnej dezynfekcji rany zakleiła ją kilkoma plastrami, a rozdygotanego brata zostawiła z salonie. Grubym ręcznikiem wytarła krew na ostrzu, które ostrożnie schowała do pudełka, które znów trafiło na swoje miejsce.
 --Oby ojciec nie zauważył jego rany..  Inaczej już po nas…--Jej rozmyślania przerwał odgłos podkutych końskich kopyt.
Zbiegła na dół, gdzie o mało nie wpadła na Ethana. Serce biło jej jak oszalałe. Bała się konsekwencji tego, co się stało Jacobowi.
 --Jacob, Evie! Moje kochane łobuziaki, tęskniliście?  Tak strasznie nie mogłem się doczekać powrotu…--asasyn nawet nie zawracał sobie głowy ubraniem wierzchnim, jak jechał, tak wpadł do salonu. Jego oczy szybko napotkały syna, a następnie córkę, która jak to miała w zwyczaju, wpatrywała się w niego oczami Cecily. Jego spostrzegawczość była niepodważalna i już w pierwszej chwili zauważył na policzku chłopca przemakający opatrunek.
 --Jacob? Co ci się stało? Kiedy to zrobiłeś?—podszedł szybkim krokiem do dziecka i ujął jego twarz w dłonie delikatnie oglądając rozcięcie—Ruszałeś moją broń? To chyba nie przez to, prawda?
 --Tato, ja… przepraszam.. Evie mówiła, że nie powinienem, ale ja tylko chciałem zobaczyć, nie miałem w planach coś z nim robić.. Nie złość się na mnie, przykro mi…-- maluchowi było naprawdę wstyd za to, co zrobił.
 --Nie, to moja wina. Niepotrzebnie na niego krzyczałam, wystraszył się i zahaczył ostrzem o policzek. To nie jego wina. Jest ciekawski i tyle, ale to ja nie powinnam się tak zachowywać. Jeżeli musisz kogoś karać, to ukaraj mnie.—Bohaterska postawa Evie pozytywnie zaskoczyła Ethana, wyznanie Jacoba też było dla niego cenne. Cieszył się, że dzieci nie zrzucają na siebie winy, ale przyznają do własnego błędu. Wiedział, że dobrze je wychowuje.

*     *     *


Jacob jeszcze przed chrztem bojowym zyskał swoją pierwszą szramę. Nikt poza nim, Evie i ich ojcem nie musiał znać jej prawdziwego pochodzenia.