poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział 4.

Ethan Frye niezwłocznie po otrzymaniu wiadomości wprost z Amritsar zerwał się z fotela, szybko wciągnął buty na nogi, zarzucił na plecy płaszcz i krzyknął, że niedługo wróci, nim wyszedł. Dosiadł konia i pognał do Londynu. Szybko zorganizował sobie transport do Indii następnego dnia. Nie miał czasu do stracenia, jego uczeń mógł przypłacić swoją porażkę życiem. Po zorganizowaniu podróży, dokupieniu niezbędnych rzeczy i długich przemyśleniach wrócił do domu. Jacob i Evie już czekali.
 --Tato, gdzie byłeś?—jego córka wlepiła w niego swoje zielone oczy. Coś ukuło go w sercu, nie chciał ich zostawić po raz drugi.
 --Musiałem coś załatwić. Uważam, że powinniśmy..—nie dane było mu dokończyć, gdy w zdanie wszedł mu jego syn trzymający w dłoni świstek papieru, który zmącił jego spokojne życie.
 --Znów wyjedziesz? Zostawisz nas? Kolejne kilka lat mamy czekać nie wiedząc czy nie zostaliśmy z Evie sierotami?—w jego głosie rozbrzmiewał ogromny ból, ale i złość. Nie mógł zrozumieć, czemu obcy hindus jest tak bliski ich ojcu. Nie chciał znów go stracić, tyle co go odzyskali, a on już znika.
 --Jacob, to nie tak. Jayadeep, to jest syn mojego przyjaciela, jest w bardzo złej sytuacji. Muszę tam wrócić, inaczej on przypłaci to życiem. Nie chcę, aby mój były uczeń zginął za swój błąd, rozumiesz?—klęknął przed nimi na podłodze, popatrzył w ich poważne oczy. Nagle zniknęły te dziecięce uśmiechy, a na twarze wpełzła śmiertelna powaga. Nie zachowywali się jak dzieci, ani on, ani ona. Zupełnie jak ich ojciec. –Nie będę tam długo, obiecuję. Doprowadzę do jego uniewinnienia i wracam, przysięgam. Miesiąc, góra trzy. Nie więcej. Dacie sobie radę przez tyle czasu, prawda? Na ten czas zawieszamy trening, nie chcę aby stała wam się krzywda pod moją nieobecność.—Nie było mu łatwo podjąć taką, a nie inną decyzję. Był rozdarty. Z jednej strony w Crawley był jego dom, a z drugiej musiał jechać, aby bronić chłopaka, któremu zawdzięczał swój powrót do rodziny. Nie miał nigdy tak trudnego wyboru.
Następnego dnia Ethan pożegnał się z dziećmi i pojechał do Londynu, aby wsiąść na statek do Indii. Przy rozstaniu całej trójce poszły łzy z oczu. I dzieci, i on byli pełni obaw. A co jak coś się stanie i będzie to ich ostatnie pożegnanie? Nawet nie chcieli o tym myśleć.

 *      *      *

--Jacob! Zostaw to!—Jeszcze w tym samym tygodniu młodszy z bliźniąt nie potrafił sprostać pokusie dotknięcia stalowej broni ojca.
 --Oj Evie.. Nie zepsuję tego, chcę tylko obejrzeć. Sądzisz, że i my takie kiedyś dostaniemy?—chłopak zafascynowany wpatrywał się pod uniesione wieczko pudełka, w którym spoczywało ostre jak brzytwa zdobione kukri ojca.
 --Ojciec powiedział..
 --Oh, ojciec… Nie ma go tu teraz, przestań. Nic się nie stanie jak wezmę to do rąk. Przecież nie zniszczę połowy domu, nie przesadzajmy.
--Żeby nie było, że nie ostrzegałam!—rozjuszona dziewczynka wyszła z pokoju. Nie chciała ponosić konsekwencji czynów jej brata.
Dzieci cierpliwie czekały na powrót ojca, ale każde w inny sposób. Evie całe dnie spędzała w domowej bibliotece wśród ksiąg ojca dotyczących bractwa, łaknęła wiedzy. Jacob był zupełnym je przeciwieństwem. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. A to kradł sąsiadowi owoce z drzew, a to wykradał coś siostrze.. Niestety szybko się nudził i zadręczał swoją nudą Evie. Ta odpowiadała mu zawsze milczeniem. Minął jeden miesiąc, drugi, a Ethana nadal nie było. Cierpliwość Jacoba się wyczerpała. Ten cudowny nóż tak bardzo go korcił.. Mógłby przysiąc, że go wołał. Musiał go dotknąć, wyjąć z pudełka… Chociaż raz się nim zamachnąć jak do ciosu.. Ale na drodze stała mu siostra, największy kabel jakiego zna. Nigdy nie umiała utrzymać języka za zębami, a już szczególnie przed ojcem. Wyczekał moment, gdy Evie gdzieś poszła. Zakradł się do gabinetu ojca i wyciągnął drewniane pudełko, w którym spoczywało kukri. Zapragnął go jeszcze bardziej.  Bez zastanowienia wyjął je i ułożył na dłoniach. Wreszcie poczuł wagę prawdziwego oręża, takiego, jakim będzie kiedyś walczył. Wyszedł na środek pokoju, gdzie było więcej miejsca. Obejrzał je po raz kolejny, złapał w jedną rękę i wziął zamach. Metal ze świstem przeciął powietrze. Ten dźwięk był muzyką dla jego uszu, to było właśnie to, co chciał robić w życiu. Jeszcze raz zrobił to samo, gdy do pokoju bezszelestnie weszła jego siostra.
 --JACOB!—wydarła się na niego już w progu—Miałeś tego nie ruszać! Obiecałeś nie dotykać!
Wystraszony chłopak podskoczył w miejscu wzdrygając się. Pech chciał, że broń wypadła mu z rąk, ponad niego. Nawet nie próbował jej łapać, palce wolał zachować. Niestety ostre jak brzytwa ostrze nie minęło go. Rozcięło mu część lewego policzka, na kości. Jego przerażony krzyk pełen bólu i cierpienia rozniósł się echem po domu. Rana obficie krwawiła, a strach dziecka niczego nie ułatwiał. Evie nie wiedząc co robić przez kilka minut stała jak wryta. Dopiero po chwili ruszyła się z miejsca i zabrała brata do łazienki aby umyć jego policzek z krwi. Po czasochłonnej dezynfekcji rany zakleiła ją kilkoma plastrami, a rozdygotanego brata zostawiła z salonie. Grubym ręcznikiem wytarła krew na ostrzu, które ostrożnie schowała do pudełka, które znów trafiło na swoje miejsce.
 --Oby ojciec nie zauważył jego rany..  Inaczej już po nas…--Jej rozmyślania przerwał odgłos podkutych końskich kopyt.
Zbiegła na dół, gdzie o mało nie wpadła na Ethana. Serce biło jej jak oszalałe. Bała się konsekwencji tego, co się stało Jacobowi.
 --Jacob, Evie! Moje kochane łobuziaki, tęskniliście?  Tak strasznie nie mogłem się doczekać powrotu…--asasyn nawet nie zawracał sobie głowy ubraniem wierzchnim, jak jechał, tak wpadł do salonu. Jego oczy szybko napotkały syna, a następnie córkę, która jak to miała w zwyczaju, wpatrywała się w niego oczami Cecily. Jego spostrzegawczość była niepodważalna i już w pierwszej chwili zauważył na policzku chłopca przemakający opatrunek.
 --Jacob? Co ci się stało? Kiedy to zrobiłeś?—podszedł szybkim krokiem do dziecka i ujął jego twarz w dłonie delikatnie oglądając rozcięcie—Ruszałeś moją broń? To chyba nie przez to, prawda?
 --Tato, ja… przepraszam.. Evie mówiła, że nie powinienem, ale ja tylko chciałem zobaczyć, nie miałem w planach coś z nim robić.. Nie złość się na mnie, przykro mi…-- maluchowi było naprawdę wstyd za to, co zrobił.
 --Nie, to moja wina. Niepotrzebnie na niego krzyczałam, wystraszył się i zahaczył ostrzem o policzek. To nie jego wina. Jest ciekawski i tyle, ale to ja nie powinnam się tak zachowywać. Jeżeli musisz kogoś karać, to ukaraj mnie.—Bohaterska postawa Evie pozytywnie zaskoczyła Ethana, wyznanie Jacoba też było dla niego cenne. Cieszył się, że dzieci nie zrzucają na siebie winy, ale przyznają do własnego błędu. Wiedział, że dobrze je wychowuje.

*     *     *


Jacob jeszcze przed chrztem bojowym zyskał swoją pierwszą szramę. Nikt poza nim, Evie i ich ojcem nie musiał znać jej prawdziwego pochodzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz